Słowo o apostole wstrzęmięźliwości

stara-pocztowka-z-katowic

Bogdan Stanisław Kasprowicz
Jak narodziła się świadomość narodowa Ślązaków

Kiedy 150 lat temu na bytomskim Rynku ormiański ksiądz Karol Bołoz Antoniewicz wypowiedział do biednego ludu po polsku słowa Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, ruszyła fala, która była już nie do zatrzymania.

160 lat temu 9 listopada1851r. w Bytomiu, w stolicy niemieckiego, a właściwie trzeba powiedzieć pruskiego Górnego Śląska, Ormianin ze Lwowa, jezuita, ks. Karol Antoniewicz z prowizorycznej ambony ustawionej na cmentarzu przy kaplicy św. Trójcy – powitał ponad 20-tysięczną rzeszę zebranych tam Ślązaków polskimi słowami:

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – temi słowy witam cię ludu szląski, bo temi słowy brat wita brata, dzieci witają Ojca.

A potem w swoich pamiętnikach zapisał:

Tysiące ust, tysiące serc, odpowiadało – „Na wieki wieków amen!” – Ale były to tylko jedne usta, to było tylko jedno serce – bo to były usta, bo to było polskie serce całego Górno-szląskiego ludu![1]

Nie minie rok, a tego skromnego księdza, zwanego dotąd polskim Hiobem i apostołem Galicji nazwą również i to nie tylko Polacy Apostołem Śląska.

Przyczyn było wiele – można powiedzieć, że wszystko było dziełem przypadku, można dowodzić, że sytuacja gospodarcza, społeczno-polityczna i kulturowa na Śląsku w połowie XIX w. wpisała się w ogólny trend odzyskiwania świadomości narodowej przez ludy Europy Środkowej.

Antoniewicz w swoich pamiętnikach, listach, książkach mówi o wyrokach Bożej Opatrzności.

Było bowiem tak…

Zanim jednak zajmiemy się rozważaniami na temat sytuacji na Śląsku w połowie XIX w., biografią księdza Karola i spróbujemy odpowiedzieć na pytanie jakimi drogami ormiański ksiądz ze Lwowa trafił na Śląsk– warto przypomnieć, że nasze spotkanie odbywa się w ramach „Dni Kultury Ormiańskiej”  i stąd nieprzypadkowe wydobycie z mroków zapomnienia postaci Ormianina, który był tutaj przed nami.

Przypomnienie faktów świadczących o tym, że zanim w 1945r. Ormianie wyrzuceni ze Lwowa, Stanisławowa, Łyśca, Kut etc. objęli w posiadanie kościółek św. Trójcy w Gliwicach – był tu już inny ormiański ksiądz, który na trwałe zapisał się w historii tej ziemi i ludu śląskiego.

To jedno.

Warto też zwrócić uwagę, iż miesiąc temu rozpoczął się – ustalony uchwałą sejmu Rzeczypospolitej Polskiej  „Rok Piotra  Skargi”, tego wybitnego kaznodziei, który już w XVI wieku sztukę docierania słowem do polskich serc postawił na wyżyny.

Obaj jezuici, obaj zarazem działali w czasach trudnych i przełomowych, obaj działali w czasach kiedy zagrożenie dla przyszłości człowieka i narodu polskiego szło pod hasłami odrzucenia Krzyża i żądzy użycia – konsumpcji i hedonizmu za wszelką cenę i ponad wszelką miarę.

Obaj też, docierając do polskiego ludu słowem, osadzonym na fundamencie pojęć „Bóg, Honor, Ojczyzna, Rodzina”  –  osiągnęli wielkie sukcesy.

To z pracy wybitnego jezuity ks. Piotra Skargi zrodziła się, trwająca po dziś dzień, idea zapisana słowami wieszcza jednym wersem:

Tylko pod krzyżem tylko pod tym znakiem

Polska jest Polską a Polak Polakiem.

To z pracy ks. Antoniewicza na Podkarpaciu zrodziła się tablica, którą polscy chłopi zamieścili na leśnej drodze do pustelni św. Jana z Dukli:

Choćby Tobą Chryste Panie

pogardziły obce ludy,

to na polskim zawsze łanie

chłop pokłoni się jak wprzódy,

Bożą mękę Ci postawi

u wrót wioski, na rozstaju,

byś nam Jezu błogosławił,

i włodarzył w naszym kraju.

To z tego ogromnego siewu polskim słowem, dokonanego przez ks. Antoniewicza i jego jezuickich współbraci, który przecież trwał tylko 5 miesięcy – zakazany później przez pruskie władze administracyjne – zrodziła się polska świadomość narodowa Górnoślązaków, która w ciągu następnych 50 lat wykwitła nazwiskami Szafranków, Bończyków, Miarków, Mierowskich, Jańtych, Moczygembów, Korfantych, Hlondów etc. i wreszcie śląskimi powstaniami i powrotem do Macierzy.

Wróćmy jednak do postawionego na wstępie pytania jakimi drogami ormiański ksiądz ze Lwowa trafił na Śląsk.

Kiedy dzisiaj przejeżdżając tramwajem przez gęsto zabudowane śląskie miasta z Katowic przez Chorzów, Bytom, Zabrze do Gliwic nie widząc gdzie ani kiedy kończy się jedno a zaczyna drugie miasto, kiedy porównujemy bogate mieszczańskie XIX wieczne, często niezwykle piękne, kamienice tych miast z Czeladzią, Siewierzem, Częstochową czy Będzinem, czy choćby stare familoki przykopalnianych dzielnic już w XIX w. wyposażone w wodę, kanalizację, światło i gaz z chałupinkami polskich osiedli tuż za Brynicą – trudno nam uwierzyć, że Śląsk pruski był siedliskiem nędzy, a w roku 1851  jeszcze tego wszystkiego po prostu nie było. Jeszcze nie zaczął się bowiem boom przemysłowego rozwoju Śląska, skoro np. Bytom, jedno z głównych miast jeszcze w 1834r. liczył tylko 3 tys. mieszkańców, a nawet w roku 1861 niewiele ponad 10 tysięcy.[2]

Śląsk dotknięty katastrofą wojen religijnych w XVII w. – słynne w Polsce było powiedzenie dziadostwo Niemiec po wojnie trzydziestoletniej – wojnami prusko-austriackimi w wieku XVIII, wreszcie przemarszami wojsk napoleońskich – na pewno nie był w latach 1830-51 ziemią obiecaną. Powtarzające się nieurodzaje na wsi, a wraz z nimi klęska głodu, epidemie tyfusu i cholery i do tego powszechne pijaństwo związane z rafinacją spirytusu (gorzelnia w każdej niemal miejscowości), sprawiały, że kto mógł raczej ze Śląska uciekał, jak ci mieszkańcy Płużnicy k. Strzelec Opolskich, którzy razem z ks. Moczygembą założyli osadę Panna Maria w Teksasie w 1854r.[3]

W monografii miasta Bytomia pod datą 1847 znajdujemy taki zapis:

W latach poprzedzających Wiosnę Ludów okolice miasta dwukrotnie nawiedził nieurodzaj  ziemniaków, co w ciągu jednego roku doprowadziło do blisko dwukrotnego wzrostu cen mąki. Drożyzna pogłębiona przez spekulację kupców i bogatszych gospodarzy, wywołała głód, który stał się jedną z przyczyn epidemii tzw. tyfusu głodowego.

Najdotkliwsza nędza panuje wśród hutników, górników i wyrobników – czytamy w relacji z grudnia z 1847 roku – głodni, w postrzępionej, brudnej i plugawej odzieży sprawiają żałosne wrażenie; choć w sile wieku, ale już bez woli przetrwania.[4]

W kilka miesiecy później burmistrz ubolewać będzie, że w mieście spotyka się na każdym kroku marniejących, szmatami pokrytych ludzi. Z głodu i wycieńczenia padali i umierali na drogach, polach, często na żarzących się hałdach, gdzie szukali schronienia przed zimnem. W kwietniu 1848 roku martwego parobka znaleziono przy jednym z kopców w Wielkiej Dąbrówce, gdzie resztkami sił próbował dogrzebać się do ziemniaków.[5]

Władze pruskie zaniepokojone utrwalającą się niekorzystną sytuacją społeczną (nędza, pijaństwo, rosnąca przestępczość) przy jednoczesnym idącym przez Europę wrzeniu rewolucyjnym (Wiosna Ludów) ogarniającym doły społeczne – podjęły szereg działań zaradczych, jak m.in. znaczący rozwój oświaty, jednak miejscowa ludność przymuszona do posługiwania się językiem niemieckim w pracy i w urzędzie, pozbawiona możliwości awansu i dostępu do stanowisk rządowych, obserwująca wzrost siły i znaczenia popieranego przez władze kościoła ewangelickiego, w większości całkowicie niemieckiego, czy wreszcie napływ ludności rdzennie niemieckiej, obejmującej większość wyższych, lepiej płatnych stanowisk w pracy i urzędach –   widziała w tych działaniach władz głównie proces germanizacji.

W tej sytuacji Kościół katolicki[6] podjął wielką akcję walki z pijaństwem organizując tzw. ruch trzeźwości, łącząc jednocześnie te działania z pracą około wzrostu polskiego poczucia narodowego.

Inicjatorem ruchu był cieszący się na całym Śląsku wielkim poważaniem i estymą  ksiądz kanonik Alojzy Fietzek z Piekar, budowniczy ukończonego właśnie w 1849r. kościoła pielgrzymkowego w tej miejscowości. Zarazem współpracownik Józefa Lompy, Pawła Stalmacha, ks. Józefa Szafranka, Teodora Heneczka, w dziele ruchu polskiego i obudzenia narodowego na Górnym Śląsku.

W roku 1848 ich staraniem zostaje powołane Towarzystwo pracujących dla oświaty ludu górnośląskiego[7], które poprzez austriacki Cieszyn nawiązuje bliskie i żywe kontakty z Galicją.

Powstają czytelnie polskie w Bytomiu, Woźnikach, Lublińcu, Mysłowicach, Rybniku, a książka polska z Krakowa i Lwowa zaczyna zdobywać Śląsk.

I właśnie w tym momencie przecinają się drogi życiowe dwóch wybitnych kapłanów ks. Fietzka i ks. Antoniewicza.

Choć Polska nie istnieje – jej Kresy wschodnie i zachodnie, tak ściśle związane ze sobą przez stulecia, znowu zabierają się do współpracy.

Do pierwszego ich spotkania doszło prawdopodobnie w Opawie na Śląsku Cieszyńskim, gdzie istniał silny ośrodek księży jezuitów, z którym bliskie kontakty utrzymywał kościół jezuitów w Piekarach.

Natomiast ks. Antoniewicz – po rozwiązaniu przez władze austriackie w 1848r. lwowskiej prowincji oo. Jezuitów[8] – wraz z współbraćmi poszukując nowego miejsca zakonnego osiedlenia i pracy zwrócił uwagę na Śląsk i tamtejsze zapotrzebowanie na księży znających język polski. Stąd w latach 1848-50 wielokrotnie przebywał m.in. w Opawie, Nysie, Wrocławiu, Kłodzku.

We wspomnianej Opawie ks. Antoniewicz podejmowany był z niezwykłymi honorami jako apostoł Galicji, tzn. ten ksiądz, który skutecznie uspokoił Podkarpacie i tarnowskie po rabacji Szeli w 1846r.

Ten moment z życia ks. Antoniewicza tak opisywał jego biograf:

O. Strocki i nasz Antoniewicz iść mieli głosząc pokutę i przebaczenie, nieobeschniętym jeszcze ze krwi szlakiem, którym przed kilku zaledwie tygodniami przechodziły zbójeckie szajki, z nożem w jednej, z głownią w drugiej ręce.

Ciężkie to było zadanie; trudne i niebezpieczne. Pod lekką warstwą popiołu tlił się, chwilowo przyduszony, ale wcale nie ugaszony ogień namiętności, i lada nieostrożność, może lada jedno słowo, buchnąć mógł znowu jasnym płomieniem – „rabacyi”.[9]

Jak okazało się w praktyce – siła perswazji, autentyczna świętość misjonarza, wreszcie prosty a piękny język i zrozumienie dla problemów ludu wiejskiego, niemniej jak charyzma kapłana sprawiły, że zbuntowane hordy przeszły błyskawiczną a niesamowitą przemianę.

Tak ksiądz misjonarz opisał te dni w swoich relacjach pisanych na gorąco w trakcie misji:[10]

I stanąłem na miejscu przeznaczonem. Ludu zebranego już wiela na mnie czekało. Zaledwie który na powitanie… półgębkiem odpowiedział, zaledwie który uchylił czapki, ponuro i podejrzliwie patrzyli na mnie…

Podczas jednej nauki, pamiętam, starzec siwy jak gołąb, wystąpił z pośrodka ludu i stanąwszy przede mną odezwał się, przerywając mowę moją, że nie może wytrzymać aż dokończę i musi mi podziękować za wszystko dobro, com dla nich i ich dzieci uczynił.

Przy ostatniej nauce, ja wraz z ludem zapłakałem i ciężkie było rozstanie nasze. Podziękowałem Panu Bogu za te ośm dni, w których tak widocznie błogosławił pracy mojej, że poznał ten lud zbrodnię, że za nią żałował. A to poznanie zdaje się być pewną rękojmią, że się te krwawe sceny nawet przy zdarzonej nie ponowią okazji.[11]

Posyłał biskup tarnowski ks. Antoniewicza na tę misję z trwogą o jego życie, bez pewności powodzenia, a skutek był wręcz nieprawdopodobny. Współcześni jednoznacznie oceniali, że dokonać tego mógł tylko człowiek Boży – żeby podpalacze i mordercy, z krwią jeszcze dobrze na rękach nie obeschłą gromadami całymi przystępowali do spowiedzi, przynosili do kościołów i oddawali zrabowane sprzęty, wreszcie całymi wioskami udali się na pielgrzymkę przebłagalną do Matki Boskiej Jasnogórskiej.[12]

Zważywszy, iż zarówno dzieła misyjne jak i postać  ks. Karola Bołoz Antoniewicza uległy niemal zupełnemu zapomnieniu – nie mogę nie skorzystać z tak znakomitej okazji by przypomnieć nie tylko misję śląską, ale bodaj pokrótce całe życie zmarłego w aurze świętości w roku 1852  księdza, żołnierza, poety.

Choć dziś mało kto pamięta, że to on jest autorem jednej z najpopularniejszych polskich pieśni kościelnych Chwalcie łąki umajone – to przecież po jego śmierci jak pisał krakowski Czas z 28 grudnia 1852r. uderzyły dzwony żałobne nie tylko w Krakowie i Lwowie, ale po najbardziej zapadłych wioskach. Nad jego grobem odczytywano mowy żałobne wybitnych Polaków epoki, m.in. Zygmunta Krasińskiego.

Urodził się Karol Antoniewicz w ormiańskiej rodzinie ziemiańskiej herbu własnego Bołoz, we Lwowie 6 listopada 1807 roku. Ojciec właściciel majątku w Skwarzawie w powiecie żółkiewskim, a zarazem doktor praw i wzięty lwowski adwokat zapewniał rodzinie wysoki status społeczny i znaczącą bazę materialną.  Matka Józefa z Nikorowiczów, rodu poetów i muzyków, wnosiła powiew sztuki najwyższych lotów.

Wprawdzie od najmłodszych lat nasiąka Karol ziemiańską kulturą Ormian polskich, krajobrazem ziemi lwowskiej i tą niezwykłą atmosferą wielokulturowych, a przecież zarazem tak bardzo polskich Kresów – to jednak wskutek kilkuletniego pobytu rodziny w stołecznym Wiedniu jego pierwszym językiem, w którym pobiera nauki i którym mistrzowsko włada jako poeta staje się niemiecki.

Pozycja w literaturze niemieckojęzycznej i przyjaźń niemieckich pisarzy będzie mu później pomagać, m.in. w czasie misji śląskiej, kiedy to Niemcy śląscy uważali go za swojaka, za austriackiego Niemca z ormiańskimi korzeniami.

Wszak wówczas jeszcze pisał młody Karol o swojej niemieckiej ojczyźnie:

Donau, Donau!

Ach! an deinem schoenen Strande

Floss die Kindheit schnell dahin,

Dort – im deutschen Vaterlande,

Bawiącego się we Wiedniu, Lwowie, Krakowie młodego Karola można by uznać za typowego bon vivanta epoki Kongresu wiedeńskiego, gdyby nie fakt, że ten niezwykle zdolny młodzian już w wieku 20 lat kończy z wyróżnieniem studia prawnicze. Jednocześnie – jak to Ormianian – biegle władał, na poziomie literackim pięcioma językami.

Studia nad dziejami Ormian, które podjął w 1827r. i rozwijający się talent poetycki przerywa epizod wojenny. Na wieść o wybuchu Powstania Listopadowego udaje się do obozu Dwernickiego, aby dać dowód polskiego patriotyzmu, tego co szablą i piórem każe poświęcać się Ojczyźnie.

Po upadku powstania, krótkim pobycie w Wenecji (gdzie schował się przed reperesjami) wrócił do rodzinnego majątku pod Lwowem i tu trafiła go strzała Amora. Bez pamięci zakochał sie w swojej bliskiej kuzynce Zofii Nikorowiczównej i po uzyskaniu papieskiej dyspenzy młodzi pobrali się, a wkrótce przyszło na świat pięcioro dzieci.

Było wszystko. Majątek, wiedza i wykształcenie, zdolności, uroda – tylko szczęścia nie było. W przeciągu siedmiu lat zmarły, jedno po drugim wszystkie dzieci.

Żona Karola, Zofia wpadła w chorobę psychiczną i wkrótce również zmarła z rozpaczy.

Karol Antoniewicz miał wówczas 32 lata. W ciągu tak krótkiego okresu czasu zdążył przeżyć wszystko. Radość, zabawy, korzyści z posiadanego majątku, sukcesy arytystyczne (drukowane w Paryżu, Wiedniu i Lwowie tomiki poetyckie) i zawodowe (prosperująca kancelaria prawnicza we Lwowie),  wreszcie szczęście rodzinne z ukochaną osobą – i wszystko nagle zdążył stracić.

Zaiste polski Hiob – jak go wówczas nazwano. Człowiek psychicznie słaby nie uniknąłby pomieszania zmysłów – tym bardziej, że Karol i Zofia uważali spotykające ich ciosy (śmierć dzieci) jako karę Bożą za małżeństwo przy tak bliskim pokrewieństwie.

Karol wybrał inną drogę – wstąpił do zakonu jezuitów. Życie zakonne ma swoje trudności, a dla człowieka wychowanego w wygodzie, dostatku  a  nawet  zbytkach, może być trudne do zniesienia. Okazało się, że Karol podczas nowicjatu w klasztorze w Starej Wsi, a później podczas studiów filozoficznych i teologicznych w Tarnopolu i we Lwowie odzyskał młodzieńczy humor i wigor. Tyle, że nie pisał już romantycznych wierszy, a pieśni kościelne, kolędy, pastorałki, a także ucieszne intermedia wystawiane przez swoich kolegów seminarzystów – bardzo wiele tych pieśni do dzisiaj tkwi w naszych kancjonałach.

Już wówczas zostaje Antoniewicz zauważony przez hierarchię kościelną jako wybitny kaznodzieja i niemal zaraz po święceniach i ukończeniu studiów został skierowany na misję trzeźwościową na Podkarpaciu.

Jak czytamy w biografii Antoniewicza – Lud podkarpacki, pozbawiony opieki a przede wszystkim oświaty, zabobonny i biedny – z jednego tylko słynął: z pijaństwa.[13]

I powstał przeciw tej zarazie tytan słowa, a powstał z taką siłą i powagą, z taką dostojnością i i namaszczeniem kapłańskim w swych kazaniach, że całe szeregi nałogowych pijaków cisnęło się i prosiło, by ich zapisać do „świętej wstrzemięźliwości”. Ojciec Antoniewicz zyskał wielki rozgłos, nic więc dziwnego, że proboszczowie okoliczni ubiegali się o „apostoła wstrzemięźliwości”.[14]

Kiedy więc spotkali się – Fitzek i Antoniewicz –  padło pytanie, jak wyplenić pijaństwo na Śląsku, jak podnieść ten lud z biedy, nędzy, chorób, a zarazem nawrócić do zasad chrześcijańskiej wiary nadwątlonej wskutek rewolucyjnych prądów i obyczajowych nowinek.

Misja została starannie przez ks. Alojzego Fitzka przygotowana. Proboszcz piekarskiego kościoła przedstawił ks. Antoniewicza we Wrocławiu jako wybitnego austriackiego misjonarza, a zarazem znanego poetę – co miało oparcie w rzeczywistości, gdyż jego wiersze miały swoje miejsce w podręcznikach literatury niemieckiej[15], a przyjaźń z głośną niemiecką powieściopisarką Karoliną Pichler[16], której poświęcił zbiór sonetów – była wiedeńskim tematem romantycznych rozpraw.

Tak więc misja wstrzemięźliwości – którą miałby poprowadzić wybitny a doświadczony nieszczęściem kapłan, kapłan znany w środowisku kościoła śląskiego jako Austriak – spotkała się z wielkim poparciem nie tylko władz koscielnych, ale również pruskich władz państwowych, też przecież zainteresowanych likwidacją, a przynajmniej ograniczeniem szerzącego się pijaństwa.

W latach 1848-49 toczą się wstępne rozmowy i przygotowania – przerwane wydarzeniami Wiosny Ludów – w Piekarach, Opawie, Freiwaldzie.[17] Ksiądz Antoniewicz przeprowadza jednodniowe nauki misyjne (po polsku i po niemiecku) w Nysie, Kłodzku, Opolu, Wrocławiu, wzbudzając powszechne zainteresowanie.

Z tych spotkań zrodziła się też pierwsza książeczka napisana specjalnie dla ludu śląskiego przez ks. Antoniewicza i wydana przez ks. Fietzka w Piekarach w drukarni Teodora  Heneczka – Groby świętych polskich.

Wreszcie w styczniu 1851 zjechali się ks. Fietzek i Antoniewicz w klasztorze w Staniątkach i tam ułożony został bardzo konkretny plan misji.

Oprócz Antoniewicza w misji udział wzięli ojcowie Praszałowicz, Wojtechowski, Peterek, Kurowski, Zaleski, Czeżewski.

Misja zaczęła się 14 lipca 1851 roku w Piekarach Śląskich. Tak opisał początek ks. Antoniewicz:

Misja rozpoczęła się w Piekarach. A gdzież indziej lepiej i zbawienniej rozpocząć się mogła, jeśli nie tam? Komuż na Górnym Szląsku zamieszkałemu te Piekary nie są znane? O znają je i dalej i aż za morzem. Gdzież więc lepiej ta misja rozpocząć się mogła, jeśli nie tu, pod błogosławieństwem Najśw. Marii Panny, która sobie to miejsce obrała, aby pełną dłonią łaski i dary swoje tu rozdawać? Ona zapewne dla ciebie ludu górnośląski wyprosiła tę łaskę misji świętej, jakby chciała wynagrodzić tobie, żeś z krwawo zarobionego grosza twego przyczynił się do wystawienia tek wspaniałego, na jej cześć i chwałę kościoła.[18]

Już od pierwszych dni misjonarze zdali sobie sprawę, że uczestniczą w wielkim, nie tylko o wymiarze religijnym, dziele.

Ks. Antoniewicz zanotował:

Teraz dopiero poznajemy jasno wielką potrzebę misji w tych stronach. Ludek bardzo łagodny, miłego charakteru. Tyle lat psuty przez Niemców, gorszony przez urzędników, protestantyzmem wokół otoczony, dziwnym sposobem zachował swój język, swa narodowość, swą wiarę, potrzebował jednak nadzwyczajnego wstrząśnienia, aby to co już słabnieć poczynało, ożywiło się, co do upadku pochylone było, powstało.[19]

Nauczanie w Piekarach trwało przez osiem dni. Przez pierwsze dwa dni blisko pięć tysięcy ludzi cisnęło się w kościele. W następnych dniach nauki odbywały się na wolnym powietrzu na cmentarzu – bo kościół nie był w stanie pomieścić chętnych, których rzesza rosła do 8-10 tysięcy i więcej ludzi codziennie. Na zakończenie misji, na stawianie krzyża przybyło ponad dwadzieścia tysięcy Ślązaków.

Okazało się bowiem, że pięknie podane polskie słowo, że polskie pieśni, atmosfera zarazem święta i pielgrzymkowego spotkania, że natchniona modlitwa, a wreszcie wspólne przeżycie wielkiego kulturowego podniecienia – łączy ten, zatomizowany i nie znający swojego miejsca i swojego gospodarskiego na tej ziemi znaczenia, lud śląski w wielką wspólnotową falę, która co może przynieść – jeszcze wówczas nikt nie zdawał sobie sprawy.

A ks. Antoniewicz zapisywał:

Wieczorem 26 lipca przybyliśmy do Gór Tarnowskich. Miasto czyste, piękne, a Kościół duży i wspaniały; jednak na czas misji nie mógł objąć wszystkich. Pod gołym niebem stanął ołtarz i ambona i konfesjonał.

Dziękować Bogu za to wielkie miłosierdzie, jakie nad tym ludem szląskim ukazał. To jest coś niepojętego; tylko w konfesjonale poznać można te niedocieczone drogi łaski i Opatrzności Bożej… Bawimy tu już od dwóch tygodni; słuchamy jak przykuci od rana do nocy, a kościół dziś jeszcze jak w oblężeniu…

W niedzielę, w późny wieczór, po postawieniu krzyża misyjnego, górnicy, których tu jest kilka tysięcy, w świątecznych strojach, z pochodniami sprawili nam „Fackelzug”, śpiewając górnicze pobożne pieśni, a gromada dzieci wieńcami nas zasypała.[20]

Rosła i rosła po całym Śląsku sława polskiego misjonarza. Wielkiego mówcy, kaznodziei, świątobliwego kapłana. Jak wcześniej na Popdkarpaciu, Podolu i w tarnowskiem uczestnicy misji tworzą towarzystwa trzeźwości, składają śluby wstrzemięźliwości, a obraz Śląska jeszcze do niedawna tak czarnymi malowany barwami – nędzy, brudu, głodu, chorób – staje się  kolorowy, piękny, pachnący, kwiecisty, jak w opisie Antoniewicza: Tarnowskie Góry – miasto czyste, piękne, o jakież to miłe, ciche i swobodne miasteczko, w tej pięknością i bogactwem tak ubłogosławionej od Boga okolicy.

Fama szła z ust do ust, z miasta do miasta, z osady do osady, a misja postępowała dalej – Woźniki, Biskupice, Mysłowice i coraz większe tłumy.

Mysłowice – właśnie dwa lata temu ruszyła tutaj kolej żelazna łącząca Śląsk z Krakowem.

Tę kolej zauważa oczywiście Antoniewicz w swoich wspomnieniach:

Mysłowice. Cmentarz. Pole. Był ołtarz była ambona, był konfesjonał, a przy cichych, późnych wieczorach jako lampa kościelna świecił księżyc, a za miliony świec gwiazdy nam służyły… Tuż przy tem polu, gdzieśmy misję odprawiali, była kolej żelazna i nie jeden raz wśród wielkiego milczenia, które panowało w czasie nauk, świst przeraźliwy odbił się o uszy nasze i pociąg jak błyskawica mignął przed oczami naszemi. A wtedy niejednemu może ta myśl przyszła do głowy: Oto obraz życia naszego! Ludzie jeżdżą to w prawo to w lewo, jeden za pieniędzmi, drugi za zabawą, trzeci za chwałą; jednego chciwość, drugiego rozpusta, trzeciego duma do wozu wsadziła. Jeżdżą, jeżdżą, póki na cmentarz nie zajadą – bo cmentarz to wielki dworzec dla całej ludzkości.[21]

A po Mysłowicach – mała wioska Ćwiklice, gdzie odprawione zostają dwie misje, jedna w parafialnym kościele po niemiecku dla Niemców, a na cmentarzu okalającym kościółek św. Jadwigi dla Polaków.[22]

Powoli jednak – mimo euforii ludności – zaczyna się zagęszczać atmosfera urzędowa wokół misji. Otóż pastorzy i hierarchia kościoła ewangelickiego alarmują władze miast i regencji, wreszcie docierają i do samego Berlina z infomacją, że tu na pruskim Górnym Śląsku odbywają się jakieś polskie narodowe rekolekcje.

Mimo, iż wszędzie tam gdzie odbywa się misja panuje wzorowy porządek – władze zaczynają wyszukiwać trudności.

A jednak udaje się odbyć zaplanowane nauki w Pszczynie, choć jak pisze Antoniewicz:

W Pszczynie, tem gnieździe protestantyzmu, pietyzmu, frankmasonerii, było z początku ciężkie położenie nasze; ale w pośrodku tych brudów, co się jak szych świecąm jest klejnot, lud polski, w którego sercu wiary nic zachwiać nie zdoła. Polska tu wiarę wyratowała. Polski język wiarę zachował.[23]

Koniec misji przypadał już późną jesienią – w październiku i listopadzie, wyjątkowo chłodnych w tym roku miesiącach – szczyty gór śniegiem przysypane, a rano i wieczór zimne nastały przymrozki, pisał ks. Antoniewicz.[24]

Ale nic nie odstraszało Ślązaków – ani mróz, ani próby szykan podejmowane już coraz bardziej otwarcie przez władze policyjne.

W Toszku znowu były tłumy:

W niedzielę 26 października zakończyliśmy misję w Toszku… To zakończenie miało coś nadzwyczajnie uroczystego. Ludzi było więcej jak w Pszczynie i do dwudziestu księży. Gdyśmy wracali z Przenajśw. Sakramentem, całe miasto z własnego popędu rzęsiście iluminowano; wokół rynku szła procesja, a przed kamienną statuą św. Jana dane było błogosławieństwo ludowi. Spowiedzi ciagle trwają, już przeszło 5000 wyspowiadało się – ale jakie spowiedzi, jakie nawrócenia!…[25]

Ostatni krzyż misyjny w tym roku niezapomnianym dla mieszkańców Górnego Szląska, stanął dnia 9 listopada w Bytomiu. – napisał  ks. Antoniewicz w Krzyżu misyjnym.

Myślę, że po 150 latach warto przypomnieć sobie opis zakończenia misji śląskiej zawarty w pamiętnikach Antoniewicza i zapisany w Jego książce dla Ślązaków – Pamiątka z misji na Górnym Szląsku:

O piękny, święty i uroczy, był ten wieczór niedzielny 9 listopada 1851. Czy pamiętasz ludu Szląski na te chwile?… O któż by mógł na nie zapomnieć… Słońce już było zaszło w krótkim dniu jesiennym i ciemnieć już poczęło, ale inne słońce zabłysło duszy naszej – w mroku wieczornym zajaśniał Krzyż Misyjny w pośrodku nas. Krzyż, w pośród cmentarza, osadzony na kościach i popiołach Ojców i Matek waszych – wierzchołkiem ku niebu sięga – a ramiona w prawo i w lewo wyciągnione, jakby całą Szląską chciały objąć krainę!

O wy wszyscy – którzyście tam byli przytomni, a których miłość tam przywiodła, wy o tym najlepiej wiecie. O wyście nie zapomnieli, wy nie zapomnicie, gdy lud cały, z różnych stron przybyły odśpiewał jednym głosem i sercem litanię. A te głosy unosiły się pod niebiosa, niebo je słyszało, ziemia je słyszała, a serce wtórowało tym słowom.

O czy pamiętacie ludzie tę uroczystą procesję przy blasku latarni, przy biciu dzwonów i śpiewu ludu, w porządku wedle czterech stanów, idącego od kościoła Trójcy Świętej do miasta i gdy na bytomskim rynku z ambony kapłan zaintonował „Zbaw lud Twój Panie! – A lud wierny, cały plac napełniający, jakby niewidoma siła uderzony padł na kolana, że aż jękły stare bruki Bytomia, i korząc się w nicości swojej, przyjął to błogosławieństwo, na wschód i zachód, na północ i południe, udzielone Przenajśw. Sakramentem!

Kiedy dzisiaj czytamy te słowa – trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z wielkim prekursorem dzieła błogosławionego Jana Pawła II.

Te tłumy, te modlitwy, te śpiewy, ta oprawa wizualna – ołtarze, kwiaty, stroje ludu – te światła, te rozedrgane emocje  – już wtedy, bez dzisiejszych środków technicznych (choćby głośników)…

Kiedy milion uczestników historycznej mszy św. na warszawskim placu usłyszało słowa Niech zstąpi Duch Twój… zadrżała Polska i świat. Otworzyły się polskie serca,  potem runął mur…

Kiedy na bytomskim Rynku ksiądz Karol Bołoz Antoniewicz wypowiedział słowa Niech będzie pochwalony – zadrżały i obudziły się polskie serca ludu śląskiego i wniwecz obróciły setki lat trwajacej germanizacji, i rozbudziły uśpioną polską świadomość narodową Ślązaków.

Wprawdzie nie tylko o powtórzeniu misji nie było już mowy, a nawet planowane nauczania w Opolu, Nysie, Oławie nie doszły już do skutku wskutek zakazu wydanego przez władze pruskie – ale ziarno zostało posiane.

Ksiadz Józef Szafranek, który jeszcze w 1848r. uważał się za Ślązaka – Niemca, a o równouprawnienie mowy śląskiej występował w pruskim parlamencie na zasadzie równouprawnienia wszystkich regionalnych dialektów występujących w państwie pruskim – od czasu misji ks. Antoniewicza, od 1951r.  mówił i pisał już o polskiej mowie ludu górnośląskiego i założył Polskie Towarzystwo Narodowe w Bytomiu.

Ruszyła fala tsunami – która była już nie do zatrzymania!

Bogdan Stanisław Kasprowicz

Gliwice, dnia 26 października 2011r.

Autor jest wiceprezesem Instytutu Lwowskiego w Gliwicach, działaczem Związku Ormian w Polsce, poetą i publicystą.

PRZYPISY
[1]    K. Antoniewicz – Krzyż misyjny,  Piekary Niemieckie 1852
[2]    Gramer Franz – Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien,  Beuthen 1863
[3]    T.L.Baker – Historia najstarszych polskich osad w Ameryce, Wrocław 1981, str. 13-14.
[4]    Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Katowicach – Magistrat Beuthen  3158 k. 112.
[5]    BYTOM Zarys rozwoju miasta, PWN Warszawa 1979,  str. 190.
[6]    W tym miejscu koniecznie trzeba wspomnieć o roli wielkigo, wybitnego niemieckiego zwierzchnika kościoła katolickiego na Śląsku – bpa Bogedaina. Patrz F. Koneczny op.cit. Str. 466.
[7]    Feliks Koneczny – Dzieje Śląska, Bytom 1931, str. 464
[8]    Karol Antoniewicz –  Dzwonek t. I –  Wspomnienia życia zakonnego, Kraków 1850
[9]    Jan Badeni – Ksiądz Karol Antoniewicz, Kraków 1896, str 88-89.
[10]  Tamże, str. 89 – „Bezpośrednio po każdej misji przesyłał Antoniewicz krótkie z niej sprawozdanierektorowi sądeckiego klasztoru.”
[11]  K. Antoniewicz – Wspomnienia misyjne z r. 1846, Poznań 1849.
[12]  Marek Inglot – Katol Antoniewicz, Kraków 2001, str. 41-57.
[13]  Tamże, str. 37
[14]  Tamże, str. 38.
[15]  K. Antoniewicz – „Der Ausflug in die Karpaten”, „Die Frage”, Wien 1829
[16]  M. Inglot – op.cit. str. 12 -13
[17]  J. Badeni – op.cit. Str. 273
[18]  K. Antoniewicz – Pamiątka missyi górnoszląskiej odbytej roku 1851, Piekary Niemieckie 1852.
[19]  Tamże, str. 17 i n.
[20]  Tamże, str. 36
[21]  Tamże, str.69
[22]  Tamże, str. 69 i n.
[23]  K. Antoniewicz – List do ks. Sapieżyny z Pszczyny 10 października 1851,  w zbiorach Ignatianum Kraków.
[24]  Tamże , str. 103
[25]  K. Antoniewicz – List do margrabiny Wielopolskiej, 29 października 1851

***

Źródło artykułu: rebelya.pl
Ź
ródło obrazka: dziennikzachodni.pl

Reklamy